Cotygodniowa porcja inspiracji

Cotygodniowa porcja inspiracji 1

Uwielbiam niedzielne brunche.

Uwielbiam.

Uwielbiam je kiedy jasno świeci słońce, dokładnie tak jak dziś i oświetla cały dom obietnicą wspaniałego dnia. Uwielbiam kiedy jest za oknem pochmurno i kiedy to to, co przygotowuję wypełnia cały dom obietnicą ciepła i wspaniałego smaku. Uwielbiam także deszczowe dni, kiedy kropke spływają po szybach i wygrywają swoje marsze i kiedy ciepło domu staje się trochę cieplejsze i bardzej doceniane a jedzenie smakuje przygodą.

Przygotowując dzisiaj brunch myślałam o Tobie. Dawid mówi, że to zbyt creepy, by się tym dzielić. Ale hey! Full disclosure. Myślalam o tym, co bym Ci powiedziała, gdybyś mógł/mogła zasiąść z nami do niedzielnego brunchu. Myślałam o problemach, z jakimi się zmagasz na codzień, o tym, jakie artykułu mogą Ci najbardziej pomóc i najbardziej się spodobać. Myślałam o tym, co dla mnie stanowi wyzwanie na codzień i jakich informacji ja sama często szukam czy szukałam i jak zmieniły one moje życie.

O tym wszystkim rozmyślałam przygotowując nasz niedzielny brunch, kiedy zalana słońcem kuchnia przeniosła mnie na wiosenne pola i łąki Włoch. W efekcie Dawid swierdził, że brunch jest zbyt wiosenny jak dla niego, ale na szczęście i tak docenił go i zjadł z apetytem.

A co serwowałam? Podsmażone, chrupiące z zewnątrz i niebiańsko miękkie w środku bezglutenowe leniwe pierogi (czyli kopytka z twarogiem), ragu (sos do spaghetti) z czerwonej soczewicy i marchewki, bakłażana zapiekanego pod pesto bazyliowym i mozzarellą i świeżą sałatę z pomidorkami koktajlowymi z tradycyjnym, najprotszym sosem winegret (musiałam wygooglować polską pisownię).

Cotygodniowa porcja inspiracji

Przyznaje, trochę niejesiennie 😉

Mniej więcej kiedy przygotowywałam winegret, zrozumiałam, że chcę pisać do Ciebie co niedzielę. Podsumować tydzień, podzielić się przemyśleniami. Planami, przeszkodami, tym, jak sobie z nimi poradziłam. Stan Lee, ten sam, który stworzył Spidermana, Hulka, X-mana i wiele innych ikonowych postaci, które zna dziś każdy, uczy, żeby pisać to, co samemu chce się czytać. To przyświeca mi od początku prowadzenia bloga. Dlatego też nasze przepisy nie są poprzedzone długim scrollowaniem przez prywatne opowieści a jedynie kilkoma słowami wstępu. Nie musisz też przedzierać się przez całą masę zdjęć, by zobaczyć, czy masz składniki na to, co chcesz ugotować. Nie ma tego u nas.

Są natomiast informacje o wartościach odżywczych, sugestie podania, techniczne wskazówki jak gotować najwydajniej i najbardziej profesjonalnie…. i tego typu informacji będzie jeszcze więcej! Podobnie nowa seria ’10 naj…’ która powiem szczerze, że nie spodziewałam się, że aż tak się spodoba, będzie kontynuowana i wzbogacana o nowe elementy. Bardziej świadomie przyglądam się teraz temu, co ja wyszukuje, jakie informacje mnie najbardziej inspirują i chcę to samo dać Tobie. Wszystko w jednym miejscu, bo szanuję Twój czas.

Life-hackingowe prowadzenie domu

A propos czasu. Zgodnie z moim kontraktem pracuję minimum 50 godzin w tygodniu, 10 godzin w tygodniu minimum zajmuje mi prowadzenie bloga, do tego oczywiście prowadzę dom, jestem kochającą partnerką i mamą naszego kotka. Codziennie znajduję czas dla Dawida, dla Tilly a nawet dla siebie na medytację czy patrzenie przez okno. Więc wiem, że jest to możliwe. Nie jest łatwe. Choć pewnie niektórzy z Was czytają to marząc o tym, żeby pracować tylko 60 godzin w tygodniu, na pewno są i tacy.

Szukaliśmy różnych rozwiązań, żeby ułatwić nam życie a raczej żebyśmy jak najlepiej mogli inwestować nasz czas (News flash: Twój czas jest wartościowy! Jest najbardziej wartościwym co masz!) Sprzątacze wydawali się najprostszym rozwiązaniem. W tym tygodniu zrezygnowałam z usług trzeciej już firmy. Szokujące, ale nikt nie potrafił jak do tej pory posprzątać mojego domu tak dobrze, jak ja. Nikt, kto jest profesjonalistą i inkasuje za to opłaty, nie poczuwał się do pozostawienia mojego domu wolnego od brudu, bakterii i roztoczy na takim poziomie, jaki mi odpowiada i jaki ja jestem w stanie sama wyegzekwować bez magicznych maszym i żrących środków chemicznych. Wkurwiłam się niepomiernie. A jak wiadomo, z mocnych emocji powstaje energia na nowe rozwiązania. Przypomniałam sobie, że w Australii spędziłam wiele dłuuugich godzin robiąc research i szukając odpowiedniego systemu, jaki pomoże nam utrzymywać dom w porządku przy minimalnym nakładzie pracy i maksymalnych efektach. Zamierzam więc tę wiedzę odświeżyć i zacząć nową sekcję na blogu wokół life-hackowego prowadzenia domu.

Wielowymiarowe myślenie o menu

Poza tym zrozumiałam w tym tygodniu coś bardzo ważnego, coś co prawdopodobnie na zawsze zmieni moje podejście do gotowania i coś, co jest tak jasne, że aż wstyd o tym pisać. A jednak. Dotąd myślałam o przygotowywaniu menu dwuwymiarowo. W wymiarze tygodnia – kiedy planowałam dania i listę zakupów. I w wymiarze konkretnego dania, kiedy planowałam jego składowe. Zapomniałam zupełnie o myśleniu ‘dziennym’, myśleniu ‘całodaniowym’ i prawdopodobnie jeszcze wielu innych, o jakich jeszcze nie wiem. Pewnie nie masz pojęcia o co mi chodzi. Fair enough.

Myślenie dzienne to analiza wszystkich dań i potraw, jakie zagoszczą w Twoich ustach w ciągu dnia. Wiesz na przykład, że na kolację planujesz coś ciężkostrawnego, co czego smakowo niebardzo pasują zioła wspomagające trawienie? To nic, jeśli weźmiesz pod uwagę, że już na śniadanie, lunch czy obiad możesz zjeść coś, co pomoże Ci czuć się lepiej po kolacji!

Myślenie ‘całodaniowe’ to bardzo kiepska nazwa, ale na razie nie mam lepszej. Zainspirował mnie do niego Dawid, kiedy opowiadał mi o pewnym daniu kuchni staropolskiej, które celowo było małodoprawione, lekko mdłe, by stanowić lepszy nośnik i podkreślacz smaku, dla trunku, jakim był miód. Kiedy pomyślisz o bogactwie aromatu i smaku miodu pitnego, ma to całkowity sens! Zobaczyłam wtedy moc tego, jak ważne jest wszystko, co stawiamy na stół, nie tylko dobór wina czy alkoholu do posiłku, nie tylko dobór przystawek, ale i dobór ilości i siły przypraw tak, by wyłonić głównego bohatera posiłku, którym niezawsze musi być danie! Czy to nie wspaniałe? Pewnie jeśli nie jesteś takim nerdem kulinarnym jak ja, to masz teraz bardzo dziwną minę i masz ochotę popukać się w głowę. Pozwól jednak, że pobawię się tym konceptem i za parę tygodni wrócę do Ciebie z nowymi przepisami, które wspierają moje odkrycie!

Czym się dzieliliśmy się z Tobą w tym tygodniu?

Zaczęliśmy od bardzo osobistego przepisu, z którym wiąże się dla mnie bardzo dużo emocji – na najpyszniejsze naleśniki z twarogiem autorstwa mojej babci. Za każdym razem, gdy widzę umieszczone w nim zdjęcia, mam ochotę wszystko rzucić i smażyć naleśniki.

cotygodniowa porcja inspiracji

Potem było ’10 naj…’ czyli Dynia 10 najlepszych przepisów bezglutenowych. Dzielimy się tu z Wami przepisami na dynię jako przystawka, danie główne, deser a nawet napój i opatrujemy każdy przepis komentarzem i – jeśli jest taka potrzeba – sugestią, jak je przerobić na bezglutenowe.

Dynia 10 najlepszych przepisow

Tydzień zakończyliśmy bardzo popularnym, jak się okazało, przepisem na domowy chleb bezglutenowy z ziarnami. Szybkość, z jaką zareagowaliście na pojawienie się tego przepisu, wskazuje na to, że muszę zakasać rękawy i piec więcej! Choć sami nie jemy dużo chleba ani innych wypieków i najchętniej zrezygnowalibyśmy z mąki, masz moje słowo na to, że więcej pieczywa albo wariacji na temat pieczywa pojawi się na blogu już wkrótce.

Chleb bezglutenowy z ziarnami

Co w nadchodzącym tygodniu?

(plus linki, które jeszcze dziś nie będą działały, bo przepisy nie są aktywne!)

Zaczniemy od tego, by wprawić Cię w dobry nastrój i wyposażyć w mnóstwo energii na nadchodzący tydzień! Podzielimy się więc z Tobą przepisem na napój od którego dobrze jest rozpocząć dzień, określany jako Tytanowa Herbata czyli Titanium Tea Tim’a Ferriss’a

Cotygodniowa porcja inspiracji

W środę podzielimy się z Tobą pierwszym przepisem naszego nowego kontrybutora, Kacpra (tak, już dwoje fantastycznych osób i świetnych kucharzy współtworzy z nami Kulinarne Eureki!). Kacper zaprasza na danie stanowiące fuzję kuchni azjatyckiej i europejskiej, na makaron ryżowy ze szpinakiem i pomidorami.

Cotygodniowa porcja inspiracji

W piątek natomiast chcę zaprosić Was na pasztet z zielonej soczewicy, którego przygotowanie zajmuje tylko półgodziny i który nie wymaga pieczenia! Oczywiście – bezglutenowy a do tego wegański. W sam raz na bezmięsny piątek i pyszne, pożywne sobotnie śniadanie.

Pasztet z zielonej soczewicy

 

Jestem bardzo ciekawa, jak podoba Ci się cotygodniowa porcja inspiracji. Czy jest to coś, co masz ochotę czytać? Czy jesteś ciekawy/ciekawa mnie, Dawida i naszego życia poza przepisami? Naszych kulinarnych burz mózgu, nadziei, zmagań i przygód? Jeśli tak, ta w tej sekcji to znajdziesz!

Czekam, żeby usłyszeć od Ciebie – zostaw tu komentarz, napisz nam wiadomość na Facebooku, albo – jeśli wolisz, po prostu podziel tego posta. W ten sposób będę wiedzieć, że Ci się podoba!

 

Ściskam bardzo mocno i życzę wspaniałego tygodnia,

Aneta <3

PS. Serdeczne pozdrowienia od Dawida 🙂

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.